Logo knf 3bfdf6af59f99be054f73a98975072c85da3fffc09285bf1f9155682e735a0e1

2016-11-20

Odwalutowanie kredytu nie zawsze opłacalne

Sprawa frankowych kredytów hipotecznych ciągle się rozwija biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich tygodni. Odnotowano 3 wyroki unieważniające bądź odwalutowujące kredyty indeksowane kursem franka szwajcarskiego (wszystkie trzy są nieprawomocne) oraz wspomniany we wcześniejszym artykule wyrok Sądu Najwyższego, w którym stwierdzono niedosłownie, że do końca nie wiadomo, ile klient jest winny bankowi. Nie są to duże osiągnięcia, ale bez wątpliwości te niewielkie sukcesy są początkiem większej zmiany i umniejszają znaczenie dwóch zeszłorocznych orzeczeń Sądu Najwyższego, którymi do tej pory mogli bronić się bankowcy. Zgodnie z pierwszym z nich, konsekwencją wyrzucania z umów kredytowych bezprawnych zapisów nie może być zmiana „natury kontraktu”, czyli np. odwalutowanie kredytu. Z kolei drugi z nich stanowi, że frankowicze nie mają prawa skarżyć się na spready, bo nieprawidłowe zapisy w umowach zostały uregulowane aktem prawnym wyższego rzędu, tzn. ustawą antyspredową.

Wbrew pozorom nie każdy klient, który wpadł w pułapkę kredytu frankowego, musi za wszelką cenę dążyć do odwalutowania umowy. Zakładając, że ktoś brał kredyt przy kursie franka powyżej 3 zł i korzystał z bardzo niskiej marży banku (w dodatku ostatnio z ujemnego oprocentowania), to pomimo wzrostu zadłużenia mógł skorzystać na tzw. dysparytecie stóp procentowych. W tej sytuacji przechodzenie na kredyt w PLN nie przyniosłoby dużego zysku.

Taki wniosek wysunęli klienci mec. Damiana Nartowskiego z krakowskiej kancelarii Harain Cieloch. Toczyli oni sprawę z Bankiem Pekao w związku z kredytem, który niegdysiejszy „Żubr” odziedziczył po dzielonym przed kilkoma laty na dwie części Banku BPH.

Klienci posiadają kredyt denominowany we franku - nie mylić z kredytem indeksowanym, na ich umowie jest kwota kredytu we frankach. Kredyt został udzielony w 2005 r. Pozwaliśmy bank o nadpłacone raty wskutek stosowania kursu jednostronnie ustalanego przez bank – począwszy od momentu udzielenia kredytu (czerwiec 2005 r.) do dnia wniesienia pozwu (maj 2015)

-wyjaśnia mec. Nartowski. Biorąc pod uwagę denomicancję kredytu we franku (w związku z tym jego „odfrankowienie” nie jest oczywiste, jak przy kredycie indeksowanym, gdzie franki pojawiają się tylko w klauzuli indeksacyjnej) kwota udzielonego kredytu była niska (około 70 000 CHF), a porażka mogłaby wygenerować koszty, które, zdaniem prawników, mogłyby przy krótkim czasie pozostałym do zakończenia umowy spowodować nieopłacalność toczenia sądowej rozprawy. W tej sytuacji klienci zdecydowali się zażądać tylko zwrotu spreadu wynoszącego około 8 500 zł za okres 10 lat. Ten spór był rozpatrywany przez sądy dwóch instancji, a jednym z kontrargumentów wysuniętym przez banki padły zdania o ustawie antyspreadowej, która miałaby anulować abuzywność klauzuli określającej swobodne kursy, po jakich klienci spłacali raty.

Przekonaliśmy zarówno sąd i instancji (Sąd Rejonowy dla Krakowa–Krowodrzy, i C 2535/15/K), jak i sąd odwoławczy rozpoznający apelację banku (Sąd Okręgowy w Krakowie, II Ca 981/16), że ustawa antyspreadowa nie może sanować niedozwolonych postanowień umownych. Podkreślaliśmy, że daje tylko dodatkowe uprawnienie, nie wykluczając jednocześnie możliwości dochodzenia praw w inny sposób, chociażby w drodze powództwa o zapłatę. Wskazywaliśmy, że z treści ustawy antyspreadowej nie można wywnioskować, że ma automatyczny skutek i „naprawia” klauzule abuzywne w kredytach z elementem walutowym

- podsumowuje prawnik reprezentujący klientów. Zdaniem sądu klauzula mówiąca o regułach ustalania kursu, po jakim klienci mają spłacać raty, jest abuzywna (tzn. nieprecyzyjna i godząca w interesy klientów). Klient otrzymał 8 500 zł i jest zadowolony, gdyż jest to równowartość zwrotu całego spreadu, a nie tylko jego części. Jedyne pytanie brzmi: dlaczego konieczne były aż dwie instancje w walce banku o coś tak oczywistego jak spread?

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera!

2016-11-20

Ubezpieczenie niskiego wkładu - pierwszy pozew zbiorowy

Pierwszy w Polsce pozew zbiorowy grup kredytobiorców dotyczący wkładu własnego (UNWW) został przyjęty przez Sąd Okręgowy w Warszawie dnia 13 września. Miejski Rzecznik Konsumentów w Olsztynie, reprezentujący ponad 450 osób, domaga się zwrotu nienależnie pobranych opłat na UNWW przez Bank Millennium. We wspomnianym pozwie zaznaczono, że obciążenia finansowe z tytułu wymienionych polis nie były zgodne z prawem.

To, że złożony pozew w tej sprawie obejmuje roszczenie - modelowy przykład sprawy kwalifikującej się do rozpoznania w postępowaniu grupowym, sąd stwierdził już w ustnych motywacjach postanowienia o przyjęciu pozwu do rozpoznania i przychylił się w całości do argumentacji prawnej, która została zaprezentowana przez stronę składającą powództwo.

Na uwagę zasługuje również oddalenie przez Sąd Okręgowy wniosku banku, aby sprawę prowadzić przy zamkniętych drzwiach. Zasada jawności postępowania wyrażona w Konstytucji RP jest zasadę generalną i niezbędną dla utrzymania niezbędnego zaufania obywateli do wymiaru sprawiedliwości. Brak jawności utrudniłby również osiągnięcie celu wytoczenia powództwa w postępowaniu grupowym.

Grupy kredytobiorców reprezentują prawnicy z kancelarii Drzewiecki Tomaszek. Według pełnomocników, słuszność opinii sądu nie budzi wątpliwości - zwłaszcza po wzięciu pod uwagę celu wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji pozwów grupowych. Dzięki nim łatwiej jest skorzystać z przysługującego prawa do sądu przy jednoczesnym usprawnieniu pracy sądu większej liczbie konsumentów.

Wspomniana kancelaria Drzewiecki Tomaszek przypomina, że niezależnie od przedmiotowego pozwu grupowego prowadzi w imieniu kredytobiorców kilkadziesiąt postępowań indywidualnych o zwrot opłat z tytułu UNWW. Do tej pory żadna z prowadzonych przez nią spraw dotyczących ubezpieczenia niskiego wkładu własnego nie skończyła się wyrokiem niekorzystnym dla kredytobiorcy. Wiele rozstrzygnięć jest już prawomocnych, np. wyroki Sądu II Instancji w sprawach o sygn. akt: V Ca 1028/15, V Ca 1313/15, V Ca 2508/15, V Ca 3542/15 czy XXVII Ca 815/16.

Strona kancelarii Drzewiecki Tomaszek: www.dt.com.pl

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera!

2016-11-20

Nadgorliwość banków podstawą do unieważnień umów kredytowych

Sukcesy frankowiczów, które z jednej strony są dla nas powodem do zadowolenia, z drugiej strony wywołują kolejne pytania, ponieważ są nieprawomocne. Mamy tutaj na myśli to, że funkcjonuje tylko jeden sprawdzony w praktyce sposób na podważenie kredytu frankowego, czyli wykazanie błędów informacyjnych w umowie. Przeważnie te umowy takich błędów nie mają, ale niektóre banki podały w umowach kredytowych całkowity koszt bądź roczną stopę jego oprocentowania. Nie jest wymagany ten krok, ponieważ kredyty hipoteczne nie podlegają ustawie konsumenckiej, która zobowiązywałaby do informowania klientów o tych parametrach. Warto zauważyć, że w dość licznej grupie przypadków owe wartości zostały podane błędnie, gdyż banki nie uwzględniały kosztów mających swoje źródło w spreadzie walutowym.

Znamy wiele przypadków, gdzie na takiej podstawie klientom udało się unieważnić ich umowy. W walce o odszkodowania, zadośćuczynienia, albo o unieważnienie umowy wielu prawników właśnie wytykając bankom ten "niewymuszony błąd" opiera swoje strategie procesowe. Na swoją obronę bankowcy ratują się przekonywaniem sądu, że błąd w oszacowaniu ceny kredytu nie był istotny lub nie miał znaczenia. Każdy może się domyślić, że takie próby ratowania się banków wyglądają z jednej strony na akty desperacji, a z drugiej są zwyczajnie nie na miejscu.

W minionym miesiącu można było zaobserwować właśnie taki przypadek opisany na jednym z blogów "frankowych". Pewna klientka prowadząc korespondencję z Getin Bankiem, wytyka mu błąd, w którym bank wpisał do jej umowy całkowity koszt kredytu wysokości 363 500. zł, a po uwzględnieniu spreadu (który w tym banku do niskich nie należy) powinien wypisać 483 500 zł.

Różnica w koszcie kredytu wynikająca ze spreadu jest poważna. Nie ma wątpliwości, że gdy bank podaje kwotę zaniżoną o 120 000 zł, to jest problem. Teraz, gdy frank już nie kosztuje 2 zł, klientka uważa, że zaistniała sytuacja jest podstawą do unieważnienia umowy kredytowej lub do należnej rekompensaty. Bank w swojej obronie potwierdził, że całkowita kwota kredytu została policzona nieprawidłowo, "w oparciu o nieaktualną kwotę kredytu", ale zapewnia, że to działanie nie było celowe i przeprasza za zaistniałą sytuację. Przyznaje również, że nie był zobowiązany do padania całkowitego kosztu kredytu, a uczynił to jedynie w celach informacyjnych.

Wspomniana już kilkukrotnie "nieaktualna kwota kredytu" wynika z tego, że był on wypłacany transzami. W związku z tym w momencie spisywania umowy nie można było przewidzieć, ile franków szwajcarskich klientka ostatecznie "pożyczy", ponieważ przy kredytach indeksowanych kwota kredytu jest podawana w złotych, ale w momencie wypłaty przeliczana jest na walutę obcą w celu indeksacji.

"Udostępnienie kapitału kredytu powoduje przeliczenie kapitału na walutę indeksacyjną z zastosowaniem konkretnych kursów kupna waluty zastosowanych do przeliczenia. Dopiero na tej podstawie jest możliwym obliczenie całkowitego kosztu kredytu oraz wskaźnika RRSO w sposób nie będący szacunkiem i z uwzględnieniem różnic kursowych"

Z powyższej można wywnioskować, że bank dokonał czegoś niemożliwego i zgodnie z jego opinią obliczył coś, czego nie powinien być w stanie obliczyć. Skoro zrobił to w celach informacyjnych, to tylko się pogrążył, ponieważ na podstawie tych "informacji" klient podejmował ważną decyzję finansową. Bank jednak napisał w odpowiedzi, że umowa reguluje według jakiego kursu są przeliczane raty, a tabela kursów jest na stronie internetowej, a w związku z tym "nie podziela opinii w kwestii wprowadzenia w błąd".

Podsumowując, bank obliczył coś, czego w sumie nie powinien być w stanie obliczyć. Ale zrobił to tylko w celu poinformowania klienta, chociaż te podane informacje nie musiały być brane za pewnik, bo klient mógł sam to obliczyć i sprawdzić. Nic dodać, nic ująć.

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera!

2016-11-20

Dług trzeba spłacić, ale po jakim kursie go przeliczyć?

Sprawy sądowe dotyczące tzw. frankowiczów (którzy domagają się unieważnienia umowy, odwalutowania jej lub zwrotu spreadu walutowego) pozostają nadal w większości nierozwiązane. Do tej pory zanotowano trzy wyroki, których efektem było unieważnienie lub odwalutowanie umów - wszystkie zapadły w pierwszej instancji. Z kolei najbardziej zaawansowany pozew zbiorowy "Nabitych w mBank" został cofnięty przez Sąd Najwyższy do apelacji. Jednakże pojawiła się jedna sprawa frankowa, która skończyła się prawomocnym wyrokiem dla klientki, a co najważniejsze, wyrok zapadł z udziałem Sądu Najwyższego. Sama sprawa nie dotyczy bezpośrednio odwalutowania kredytu, ale unieważnienia BTE.

Spór ten zyskał przydomek "sprawy szczecińskiej". Klientka mBanku po niespłaceniu kilku rat kredytu zażądała anulowania BTE, który został wystawiony. Według niej nastąpiło nieprawidłowe przeliczenie jej zobowiązań z franków na złote, co spowodowało wzrost sumy z 131 tys. franków (kwota z 2007 roku przy kursie 2,33 zł) do 306 tys. franków. w chwili wystawienia BTE, czyli w marcu 2013 roku, bank podliczył dług na 449 tys. franków. Podstawą zakwestionowania długu przez klientkę była zawarta w umowie kredytowej nieprecyzyjna klauzura, dzięki której bank ustalał kurs franka przy spłacie rat. Drugą kwestią był brak skutecznego powiadomienia klientki przez bank o zamiarze wypowiedzenia kredytu i nadchodzącej egzekucji. Wezwanie faktycznie zostało wysłane, ale na niewłaściwy adres. Bank również nie przeprowadził tzw. postępowania upominawczego.

Sąd w pierwszej instancji uznał, że kredyt został wystawiony prawidłowo, ale zaznaczył, że BTE nie powinien być podliczony ze względu na nieprecyzyjność klauzuli w umowie. w drugiej instancji sąd doszedł do wniosku, że wypowiedzenie umowy nie zostało przeprowadzone prawidłowo - sytuacja klientki gwałtownie się poprawiła. Po trafieniu sprawy do Sądu Najwyższego, ten oddalił kasację banku, co oznaczało, że wypowiedzenie umowy klientce, przeliczenie jej długu na złotówki i postawienie go w stan natychmiastowej wymagalności było poważną nieprawidłowością.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tej sprawy? Co prawda, nie dotyczy ona bezpośrednio odwalutowania kredytu, ale stanowi postęp w sporze frankowiczów z bankami. Sąd Najwyższy w swoim wyroku nie podkreślał abuzywności klauzuli przeliczeniowej - twierdził, że nie ma sensu rozważać, czy BTE powinien być wystawiony na 400 tys. zł czy na 200 tys. zł, skoro... w ogóle nie powinien być wystawiony. Najważniejszym punktem dla sprawy problemów z kredytami walutowymi mają słowa Sądu, że sąd apelacyjny prawidłowo ocenił jako abuzywną klauzulę uzależniającą wartość długu klientki od kursów ustalonych dowolnie przez bank. Znaczącym gestem było dodanie (patrząc znacząco na prawników banku), że strony sporu powinny wziąć to pod uwagę przy próbach rozwiązania sytuacji. Sądzia powiedziała też, że ustalenia, ile pieniędzy jest winna bankowi klientka, nie leży w kompetencjach Sądu Najwyższego. Stwierdziła tylko, że dług istnieje i klientka powinna go spłacić - ale na jakich warunkach, to już zupełnie co innego. Dała jednak do zrozumienia, że na takich, które uwzględniają abuzywność klauzuli przeliczeniowej.

Podobno prawnicy mBanku w mowie kasacyjnej twierdzili, że Wysoki Sąd powinien zgodzić się na ustalenie zobowiązania klientki według kursu NBP, ale sąd słysząc to, ponoć popukał się w czoło. Stowarzyszenie frankowiczów interpretuje takie stanowisko jako potwierdzenie, że banki (ten konkretny oraz inne, które pożyczyły klientom według szwajcarskiej stopy procentowej) nie są uprawnione do wyliczenia kwoty zadłużenia klienta na podstawie klauzul waloryzacyknych i kursu ustalanego swobodnie przez siebie.

Podsumowując, Sąd Najwyższy w tej sprawie nie rozprawił się do końca z abuzywnością do końca. Dał z kolei mocny i wyraźny sygnał, że tą nieprawidłowość trzeba wziąć pod uwagę czytając umowę. Do tej pory zwycięsko wychodziły tylko banki, ale to jest pierwszy wyrok, który nie szkodzi, a wręcz pomaga frankowiczom. Pozostaje obserwować dalsze negocjacje mBanku dotyczące tego kredytu oraz pozostałe sprawy związane z długami walutowymi.

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera!

2016-11-20

Po wielu oszustwach tracą klientów, czyli o działaniach Open Finance

Open Finance jest firmą, która odcisnęła "krwawe piętno" na polskim rynku doradców finansowych. Opanowała razem z Expanderem pośrednictwo w sprzedaży kredytów i planów systematycznego oszczędzania w modelu "klient za nic nie płaci".

Jednym z ich osiągnięć jest to, że określenie niezależny doradca finansowy zaczęto kojarzyć z dealerem banków, ubezpieczycieli i innych firm finansowych - inaczej, niż na cywilizowanych rynkach. To przecież "niezależni doradcy finansowi" pakowali klientów w kredyty walutowe, policy inwestycyjne i inne "superoferty" nie biorąc za nic odpowiedzialności, lecz prowizję i znikając. Drugą wpadką jest to, że ta "niezależność" była podważana z drugiej przyczyny - Open Finance należał do tej samej grupy kapitałowej co Getin Bank i często zdarzało się, że wspomnieni powyżej doradcy obsługiwali klienta w ten sposób, aby obciążyć go ofertą tego banku. Jedną ze stosowanych praktyk było "zapominanie" wysyłania wniosków kredytowych do pozostałych banków, aby oferta Getinu była bezkonkurencyjna.

Polacy zwracają uwagę na renomę i markę ludzi, którzy zajmują się ich finansami. Obserwując statystyki Open Finance wnioski są jasne. W pierwszym półroczu 2016 roku Open Finance - firma działa razem z pośrednikiem nieruchomościowym Home Broker, ubezpieczycielem Open Life i towarzystwem funduszy Open TFI - jest głęboko pod wodą, ma 42,5 mln zł straty netto. Ta suma wynika przede wszystkim z operacji księgowej, czyli zmiany sposobu amortyzacji (czyt. utraty wartości) bez danych kontaktowych potencjalnych klientów. Bez tego firma będąca swego czasu tytanem na rynku doradców finansowych miałaby ledwo 1,6 mln zł zysku za pół roku. To, że tak ogromna firma musi wydawać tak potężne pieniądze na szukanie klientów oznacza, że ci, których już obsłużyła, nie mają najmniejszej ochoty do niej wrócić.

Można wskazać ogromne różnice w zyskach w porównaniu z zeszłym rokiem. Wtedy Open Finance miał 6-8 mln zł kwartalnego zystku, ale w tym roku są głębokie straty wynikające zarówno z innego rozpisywania kosztów dotarcia do klienta, jak i z podatku bankowego (płaci go spółka ubezpieczeniowa Open Life - 13,7 mln zł), spadku sprzedaży produktów ubezpieczeniowych oraz planów systematycznego inwestowania. w 2014 roku firma kwartalnie sprzedawała produkty ubezpieczeniowe i inwestycyjne z regularną składką 10-14 mln zł i składką jednorazową 100-160 mln zł, z kolei w tym roku te kwoty wynoszą odpowiednio 3-4 mln zł i 60-70 mln zł. Tak ogromne straty są wynikiem utraty zaufania klientów, które można niełatwo odbudować.

Obecną strategią Open Finance jest redukcja sieci własnych placówek (w ciągu pół roku z 68 oddziałów zostało zaledwie 15) oraz zwiększanie liczby mobilnych punktów doradczych Open Direct, które są tańsze w utrzymaniu. Sieć klientów zmalała o około 15% oddziałów, za to rośnie sieć współpracowników, którzy mają z Open Finance umowy o współpracy, ale nie są w tej firmie na payrollu. Drugim działaniem jest przesuwanie własnych pracowników na samozatrudnienie i zwiększanie udziału zewnętrznych partnerów w sprzedaży produktów finansowych. Tego typu posunięcia mogą skończyć się pogorszeniem jakości obsługi, którą firma przecież najbardziej promuje.

Po tym całym zamieszaniu dziś Open Finance funkcjonuje prawie wyłącznie tylko dzięki kredytom hipotecznym, gotówkowym i usługom nieruchomościowym Home Broker. Pytanie brzmi, czy utrzyma się dalej i w jakim stanie?

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do newslettera!
Logo knf 3bfdf6af59f99be054f73a98975072c85da3fffc09285bf1f9155682e735a0e1
Logo knf 3bfdf6af59f99be054f73a98975072c85da3fffc09285bf1f9155682e735a0e1

Zapisz się, aby otrzymywać od nas najnowsze informacje:




Polityka prywatności

Wspierają nas:

Bezprawie Bankowe Sklep z Prawem MK Evolution AnulujPolise
Zadzwoń do nas z problemem prawnym.
Na pewno pomożemy!
+48 733 778 096